Po raz drugi Truś w Prowansji

Wpisy

  • poniedziałek, 04 sierpnia 2014
    • Włochy też są piękne

      Właściwie to Włochy piękne były jako pierwsze;-) A rok bez wizyty w tym kraju jest rokiem niepełnowartościowym;-) Zatem drogę powrotną zaplanowałam tak, żeby chociaż przez parę dni pozachwycać się melodią włoskiego języka i porozkoszować się cudowną atmosferą tego kraju.

      Wybór padł na kemping Due Laghi nad Jeziorem Levico na skraju naszych ukochanych zimą Dolomitów. Niestety Dolomitami nacieszyliśmy się dopiero w drodze powrotnej, gdyż pierwszego dnia po przyjeździe musieliśmy się udać na lotnisko w Weronie, w celu odebrania Pana Męża, wracającego z służbowego wyjazdu. A skoro już na obrzeżach Werony się znaleźliśmy, to skorzystaliśmy z okazji, żeby odwiedzić to piękne miasto. Byliśmy tu już kiedyś, wiele lat temu, w czasach sprzed Trusi, gdy Ciech był jeszcze kilkuletnim brzdącem, a jeszcze więcej lat temu odwiedziłam Weronę z moimi rodzicami w trakcie naszej wielkiej czterotygodniowej wycieczki po tej części Europy. Zatem czas nadszedł, żeby sobie Weronę przypomnieć.
      W moich wspomnieniach Werona nie zapisała się jakoś szczególnie pozytywnie- może dlatego, że zasadniczo unikam dużych miast, wolę małe klimatyczne mieścinki. Ale tym razem duże miasto okazało się przyjaźniejsze. Bo Werona jest naprawdę przyjazna turystom. Uliczki w centrum są w dużej części zamknięte dla samochodów (co we Włoszech wcale takie częste nie jest), strzałki wskazują drogę do najważniejszych atrakcji, a na głównym placu Piazza delle Erbe i uliczkach przyległych można się niedrogo posilić owocową sałatką, pysznymi lodami (tańszymi niż we Francji) lub sycylijskimi przekąskami (mniam).

      Zaczęliśmy jednak od werońskiego amfiteatru (który dołączył tym samym do naszej tegorocznej kolekcji;-)). Zbudowano go w I w., zachował się w doskonałym stanie i wciaż odbywają się w nim przedstawienia,

      Z Piazza Bra, na którym stoi amfiteatr, wyruszyliśmy Via Mazzini w kierunku Piazza delle Erbe.

      Ulica ta, jako pierwsza we Włoszech, została zamknięta dla ruchu kołowego. A idzie się nią bardzo przyjemnie, uskuteczniając przy okazji window shopping. Dla niechętnych sklepowym witrynom są widoki z "wyższej kultury", albowiem budynki przy ulicy Mazzini są pięknie.

      Piazza delle Erbe to główny plac starego miasta, kiedyś rzymskie forum, potem targowisko, obecnie w centrum zastawiony straganami z pamiątkami i jedzonkiem na wynos (między innymi z dużymi kubkami wspomnianej wcześniej owocowej sałatki), otoczony pięknymi budynkami. Pomiędzy sklepikami zaś stoi XIV-wieczna  fontanna, XVI-wieczny pręgierz, gotycka kamienna latarnia i kolumna z lwem św. Marka.

      

      Przez Arco della Costa przechodzi się z placu targowego na Piazza dei Signori, którego największą część zajmuje Palazzo della Ragione, w centrum stoi pomnik Dantego, zaś za nim, uważany za najpiękniejszy budynek renesansowy w mieście, Loggia del Consiglio, a obok niej Tribunale, czyli gmach sądu.

      Pozostałości dawnej rzymskiej ulicy.

      Kolejnym obowiązkowym punktem jest, leżący na sąsiednim placyku, romański kościół Santa Maria Antica i Arche Scaligieri- niezwykle ozdobne gotyckie grobowce członków rodu Scaligieri, który niegdyś rządził Weroną.

      Przy Via Arche Scaligieri stoi skromny budynek z XIV w. nazwany Domem Romea, gdyż należał on do rodu Montecchich.

      Następnie udaliśmy się w kierunku Domu Julii, podziwiając po drodze Palazzo Capitano.

      Casa di Giulietta:

      Z domu Julii udaliśmy się do jednego z czterech kościołów, które w Weronie zwiedzić wypada-

      Sant'Anastasia

      Parę uliczek dalej znajduje się kolejny z "obowiązkowych" kościołów, czyli katedra

      Następnie wzdłuż Adygi ruszyliśmy do kościoła San Zeno, do którego jednak nie dotarliśmy, albowiem głód i pragnienie zmusiły nas do poszukania jadła i napoju (znalazło się w małym bistro prowadzonym przez Sycylijczyków). 

      Powyżej Ponte Scaligiero, prowadzący do Castelvecchio, obok którego stoi rzymska Porta dei Borsari.

      Spiesząc się już do samochodu, albowiem powoli kończył się nam wykupiony czas parkowania, wpadliśmy jeszcze do czwartego kościoła z listy "obowiązkowych", czyli do dwupoziomowego San Fermo Maggiore- nowsza gotycka świątynia postawiona została na starszej romańskiej.

      Bazylikę San Zeno zwiedzaliśmy za poprzednim pobytem, zatem tym razem odpuściliśmy- tym bardziej, że zbierało się na burzę i wszyscy byliśmy już zmęczeni.
      A Werona zapisała się w naszej pamięci jako bardzo przyjazne i kameralne (oczywiście mając na myśli starówkę) miasto, do którego chętnie kiedyś jeszcze wrócę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 04 sierpnia 2014 22:14
  • czwartek, 24 lipca 2014
    • Ostatnia wycieczka w Prowansji

      Nieuchronnie nadszedł dzień ostatni. W pomniejszonym gronie pojechaliśmy raz jeszcze do Vaison-Romain, tym razem z zamiarem pozostania tu na dłużej, zwiedzenia (jednak!) rzymskich wykopalisk i Górnego Miasta oraz poczynienia zakupów prezentowych. Vaison jest idealnym miejscem na takie zakupy. Przy głównej ulicu Dolnego Miasta mieści się mnóstwo sklepików oferujących miejscowe wyroby. A we wtorek (a my wlasnie wtorek wybraliśmy niechcący na ponowną wizytę) na ulicy dodatkowo rozkłada się targ.  Targ jest rzeczą fajną, chociaż stragany z chińskim badziewiem też się trafiają. Niefajnym elementem targu jest kłopot z miejscami parkingowymi, ale Ciech, który po wyjeździe P. przejął rolę Głównego Prowadzącego dał sobie świetnie radę.

      Zaczęliśmy od wykopalisk, które są największym tego typu znaleziskiem we Francji. Składają się z dwóch osobnych sekcji- w pierwszej są budynki reprezentacyjne i amfiteatr, w drugiej pozostałości dawnej dzielnicy handlowej i prywatnych willi. Zwiedzało się nawet całkiem miło mimo gorąca. I szkoda tylko, że opisy mijanych zabytków były po francusku, tylko czasem trafiało się angielskie tłumaczenie.

      Po oglądnięciu ruin udaliśmy się na spacer średniowiecznymi uliczkami Górnego Miasta, odkrywając urokliwe zaułki, a w końcu docierając na szczyt- gdzie, jak wiadomo, stoi zamek. I roztacza się wspaniały widok na Dolne Miasto.

      I nareszcie doczekaliśmy się shoppingu. Buszowanie po sklepach zawsze jest przyjemne, w tych było jeszcze przyjemniejsze z podowu zapachow lawendy, ziół, cieszących oko kolorowych wyrobów ceramicznych, wyplatanych koszyków czy przygotowanych dawnymi metodami smakołyków.

      A na koniec lodziarnia i lody w kilkudziesięciu chyba smakach  (między innymi kasztanowe, lawendowe,fiołkowe, różane, sorbet czekoladowy) oraz kolorowe granity w kilkunastu.

      I tak oto zakończyliśmy nasze drugie prowansalskie wakacje. Następnego dnia czekało nas ponad 800 kilometrów autostrady, która miała nas doprowadzić na kemping Due Laghi w Levico Terme.
      A ponieważ nie wszystko jeszcze w tym rejonie Francji zobaczyliśmy, już planuję kolejne wakacje;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatnia wycieczka w Prowansji”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 lipca 2014 17:50
  • środa, 23 lipca 2014
    • Kemping

      Zanim opiszę naszą ostatnią wycieczkę w Prowansji, parę fotek z kempingu. Na dowód, że przyjemności innego rodzaju niż poznawanie nowych miejsc też były- basen co najmniej raz dziennie- zwykle dwa, zjeżdżalnie wodne, plac zabaw, posiłki na tarasie domku, a nawet zakupy z głupich automatów- czasem trzeba złamać zasady;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      środa, 23 lipca 2014 21:09
  • sobota, 19 lipca 2014
    • Dzień, w którym nie zwiedziliśmy Marsylii

      Początkowy plan był taki, że skoro czeka nas nieprzyjemność pokonania stu dwudziestu paru kilometrów autostrady w celu dostarczenia P. na lotnisko na godzinę popołudniową, to może pożyteczne połączymy z przyjemnym i przed odstawieniem P. zwiedzimy wspólnie Marsylię. No ale plany planami, a rzeczywistość rzeczywistością. Ogarnięcie się Pana Męża przed wyjazdem, spakowanie oficjalnej garderoby, przestawienie na inne tory myślenia, poskutkowało brakiem czasu na zwiedzanie Marsylii bez stresu, że spóźnimy się na samolot. Zatem odstawiliśmy tylko Męża na lotniskowy parking i wróciliśmy "do domu". Ale żeby dzień nie był tak zupełnie pozbawiony poznawania nowych miejsc, zatrzymaliśmy się w Mornas, by powłóczyć się po tamtejszych uliczkach i wdrapać pod zbudowaną na wysokiej skale twierdzy, którą do tej pory podziwialiśmy tylko z dołu, przejeżdżając pod nią w drodze "gdzieś dalej".

      Też ładnie, nieprawdaż?
      Szkoda tylko, że nie mamy zdjęcia twierdzy Mornas z dołu, bo przedstawia się ona naprawdę imponująco- od strony drogi skała jest całkiem pionowa, a na jej czubku dumnie wznosi się warownia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      sobota, 19 lipca 2014 13:55
    • Chateneuf du Pape

      To była już nasza ostatnia wspólna francuska wycieczka, następnego dnia czekała nas podróż na lotnisko w Marsylii w celu wyekspediowania Pana Męża w służbową podróż. Ponieważ właśnie wypadła niedziela, to poranek spędziliśmy na poszukiwaniu mszy. Nie jest to wcale łatwe w małych francuskich miejscowościach- w niektórych niedzielne msze odbywają się raz w tygodniu, w innych jest jedna msza w niedzielę. Szczęśliwie udało nam się "dzień święty święcić", była msza o 10.30 w najbliższym Mornas. Nasza obecność znacząco obniżyła średnią wieku osób w niej uczestniczących- szacowaliśmy, że bez nas pewnie oscylowałaby ona powyżej 70-tki, zaś wiernych uczestniczących w nabożeństwie było zaledwie 20. Cóż, taki kraj i takie czasy...
      Potem musieliśmy jeszcze rzutem na taśmę zdążyć na zakupy w supermarkecie. W sobotę wjechaliśmy na parking akurat w momencie jego zamknięcia- rozbestwieni tym, że w Krakowie markety nie dość, że działają siedem dni w tygodniu, to jeszcze są czynne do 21-szej nie przewidzieliśmy, że gdzie indziej mogą się zamykać o 19.30, zaś tylko niektóre są otwarte w niedziele i to tylko przed południem. Kempingowy sklepik zapewniał nam tylko bardzo podstawowe produkty, czyli pieczywo i ew. nabiał oraz paczkowaną wędlinę w cenach horrendalnych- za trzy plasterki szynki czy żółtego serca 3 euro!

      W takiej sytuacji, dodatkowo doświadczając "terroru basenowego" (dzień bez basenu, a najlepiej dwukrotnych jego odwiedzin jest dniem absolutnie straconym;-)), ostatnia wspólna wycieczka musiała być raczej krótka. Wybór padła na zagłębie słynnego wina Chateneuf-du-Pape. Ale że mieścina jest z gatunku tych, jakie lubimy, to źle nie było.
      Jak tam jest? Ano jak wszędzie- miasteczko na wzniesieniu, na szczycie ruiny papieskiej letniej rezydencji, do której prowadzą wąskie uliczki. Pewną "osobliwością" jest tu tylko zatrzęsienie winiarni- na każdym kroku piwniczka, w której można degustować słynne markowe wino i naturalnie je zakupić- od kilkunastu euro za butelkę. Ale przyznać muszę, że choć wytrawne, to bardzo jest dobre. Poza winem właściwie niczego się tu dostać nie dało, nie natrafiliśmy nawet na jedna choćby malutką lodziarnię! Czym zatem żywią się tubylcy? Czyżby byli bardzo "wesołymi" ludźmi spożywającymi li i jedynie czerwone wytrawne chateneuf? W porze wczesnopopołudniowej zaszyli się w domach i degustowali;-)

      No to zapraszam na wspólny spacer:

      Truś mimo poważnych 7 lat wciąż z lubością chadza po murkach- za tym akurat, co nie jest niespodzianką, znajdowała się winnica.

       

      Letnia rezydencja awiniońskich papieży musiała wyglądać imponująco- cóż, rozmach pałacu w Awinionie zobowiązywał, by także "pałacyk" na lato przedstawiał się godnie;-) Obecnie niewiele z niego zostało, ale i tak ruiny budzą respekt i mogą zachwycić. Zaś widoki ze wzgórza, na którym stoją są imponujące- z jednej strony Mont Ventoux i Dentelles-de-Montmirail, z drugiej Rodan, a poza tym zielone winnice.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      sobota, 19 lipca 2014 13:42
  • czwartek, 17 lipca 2014
    • Winnej pętelki część druga

      Po południu dotarliśmy do największej miejscowości na naszym szlaku, czyli Vaison-la-Romaine. Miasto słynie z największych we Francji wykopalisk rzymskich., ale te sobie tym razem odpuściliśmy- Wróciłam z chłopakami i Trusią już bez P., który odleciał na swoje służbowe spotkanie w Niemczech (tak, tak, takie atrakcje zapewnił mi Pan Mąż na urlopie!). Odpuściliśmy też Górne Miasto- i tam powróciliśmy za parę dni. Powłóczyliśmy się tylko po Dolnym Mieście, dochodząc do romańskiej katedry Notre-Dame-de Nazareth, wybudowanej w XIw. z wykorzystaniem kamieni z budowli rzymskich. A że samochód zostawiliśmy przy 2000-letnim moście- pamiątce po Rzymianach, to jedną atrakcję starożytną też mieliśmy zaliczoną;-)

      Katedra dość nieoczekiwanie nie leży w centrum ani Dolnego ani Górnego Miasta, ale na uboczu. A to dlatego, że powstała ona w czasach, kiedy w tym miejscu znajdowała się inna osada, dziś już nie istniejąca.

      Przy katedrze znajduje się to, co tygrys-Dorotka lubi szczególnie, czyli wewnętrzny krużganek:-)

      Jak to w prowansalskich miasteczkach z reguły bywa, w najwyższym punkcie Vaison stoi sobie zamek- do niego też wspięlismy się w trakcie drugiej wizyty.

      Ostatni przystanek zaplanowaliśmy kilka kilometrów dalej, w maleńkiej mieścince Crestet. I to jest właśnie TO miejsce, w którym zakochałam się szczególnie. Sama nie wiem dlaczego akurat w tym, a nie gdzieś po drodze- ot miasteczko tycie na wzgórzu, brukowane wąskie uliczki, kamienne domki, ubogi kościółek st-Sauveur (ale za to z XI w.), na szczycie ruiny dawnej warownej rezydencji biskupów Vaison i przepiękny widok na Mount Ventoux i inne góry, a wcześniej zielone winnice.  Żadnego sklepu z pamiątkami, praktycznie zero turystów- przynajmniej nie było ich w porze, kiedy myśmy tam zawitali. Tubylców tez prawie nie uświadczysz- ale przed kościołem zagadnął nas kościelny, który przygotowywał kościół do niedzielnej mszy- okazało się, że ma synową z Polski! Jedna nieduża knajpka- za to z WIDOKIEM:-) No cóż, nie mi pytać Amora, dlaczego wystrzelił swoją strzałę w moje serce akurat w Crestet- zakochałam się i tyle:-)

       I teraz nastąpi tzw zdjęciotok (zamiast słowotoku;-)):

       Zaś Truśka- co widać na załączonych obrazkach- w ciuszkach Kids on the Moon niemal całkowicie wtapiała się z tło;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Winnej pętelki część druga”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 lipca 2014 20:47
  • wtorek, 15 lipca 2014
    • Winna pętla wokół Les Dentelles de Montmirail

      Kontynuując nasze wakacyjne hobby, czyli zwiedzanie małych miasteczek, wybraliśmy się na wycieczkę wokół wzgórz Dentelles de Montmirail, zajeżdżając po drodze do opisanych w przewodniku małych urokliwych miejscowości. Oczywiście można stwierdzić, że te miasteczka są do siebie podobne, jako że w żadnym z nich spektakularnych atrakcji podobnych do źródła Sourge w Fontaine-de-Vaucluse czy ochrowych skał Roussilon nie było, ale ja osobiście każde takie miasteczko admiruję osobno i ogromną przyjemność sprawia mi snucie się wąskimi uliczkami, popatrywanie na kamienne domki i wreszcie odpoczynek gdzieś w najwyższym punkcie (zwykle są tam ruiny zamku), podziwianie okolicy i gapienie się na zmurszałe dachy. Ot, taki mój bzik...

      Przy okazji objeżdżania wspomnianej pętli, przewodnik polecał zatrzymywanie się w lokalnych winnicach i degustowanie wina, jako, że niewątpliwie jest to winne zagłębie- winnice rozciągają się po horyzont, a co paręset metrów lokalni producenci wina zapraszają na degustację. Cóż, my, jako osoby nieśmiałe i niefrancuskojęzyczne, nie degustowaliśmy niestety. Ale gdybyśmy degustowali, to zapewne pod koniec wycieczki nasz ford byłby bardzo wesolutkim samochodem, zaś kierowcą musiałaby by zostać jedyna niepijąca z racji młodego wieku osóbka, czyli Trusia- no bo czyż sprawiedliwym byłoby pozbawiać kogokolwiek innego rozkoszy smakowania różnych gatunków wina....;-)

      Na pierwszy ogień padło Gigondas- niewielka mieścina na wzgórzu (bo jakże by inaczej posadowione być miało), z ruinami zamku na szczycie (wiadomo!), wąskimi uliczkami pnącymi się w górę pomiędzy kamiennymi domkami z kolorowymi okiennicami. W południowej porze na uliczkach oprócz nas nie uświadczyło się żywego ducha- czerwiec nie jest jeszcze tłumnie turystyczny, zaś miejscowi w porze sjesty rozsądnie odpoczywaja w cieniu, a nie włóczą się w skwarze;-)

      Domek za naszymi plecami wystawiony był na sprzedaż- nawet wysłałam MMS-a do Starszej Córki będącej aktualnie na etapie poszukiwania domu, czy by jej nie dopowiadało takie lokum;-) Okolica w każdym razie przepiękna i niezwykle spokojna. Wymarzona na odpoczynek- gorzej pewnie z tzw prozą życia :(

      XIV- wieczny kościół pod wezwaniem św. Katarzyny w Gigondas.

      Po drodze na szczyt przyjeść musieliśmy przez rodzaj miejskiego parczku czy też ogródka botanicznego, porośniętego ziołami i w dużej części lawendą. Zaś lawendowe kwiatki upodobały sobie wielce rozmaite fruwadełka, zatem bzyczało tam i ruszało się od pracowitych pszółek i pokrewnych. Niektórzy to się nawet bali przechodzić taką groźną ścieżką, chronioną przez żądełka i inne kłujki;-)

      No dobra, tym bojącym się najbardziej nie był Ciech, byli inni mocniej "przerażeni" bzykaniem;-)

      Osobnik powyżej wyglądał całkiem sympatycznie, z Polski nie jest mi raczej znany. Takie futrzaste szare cóśko, z "dzióbkiem" i szybko merdającymi skrzydełkami- kojarzył nam się z mini koliberkiem.

       Za to ten czarny potwór budził obawy nawet w najdzielniejszych- na szczęście zdecydowanie bardziej interesował go lawendowy nektar niż nasze kończyny;-)

      Pizzeria- czynna niestety tylko wieczorem- mogliśmy się tylko przymierzyć do stolika.

       A to już kolejne miasteczko- Seguret . Przewodnik zachwala je, jako jedną z najpiękniejszych miejscowości we Francji. Coś w tym jest, chociaż ja tam mam na ten dzień inny typ- ale to dopiero na koniec wycieczki.

      Seguret:

      W wielu miejscach w tej miejscowości umieszczone były tabliczki opisujące oglądany budynek i prawdopodobnie też lokalne zwyczaje, częściowo z okresu Bożego Narodzenia (Seguret słynie z wyrabianych tutaj glinianych figurek, które początkowo przedstawiały postacie z bożonarodzeniowej szopki, później asortyment się poszerzył)- niestety wyłącznie w jedynym słusznym języku francuskim:(

       Po przechadzce wyludnionymi uliczkami Seguret pojechaliśmy dalej w kierunku Vaison-la-Romaine,, mijając po drodze kilka podobnych miasteczek:

      Dalsza część wycieczki w osobnym wpisie, bo ten zrobił się chyba trochę za długi. Jeszcze tylko wspomniane w tytule Les Dentelles- grzbiet górski, który komuś, kto nadał mu nazwę kojarzył się z koronką (myślałam, że z zębami ma coś wspólnego słowo "dentelles", ale przewodnik twierdzi, że chodzi o koronkę (może koronkowe ząbki?).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 lipca 2014 21:51
  • niedziela, 13 lipca 2014
    • Opactwo Senanque i Roussillon

      W zeszłym roku, gdy po drodze zawitaliśmy w te okolice, wybraliśmy wizytę w Gordes i leżącej nieopodal wiosce bories. Tym razem wizyta w Senanque była absolutnie obowiązkowa. Śledzący nasze blogi już wiedzą, że opactwa to miejsca, które lubię szczególnie- za specyficzną atmosferę, ciszę, nastój kontemplacji.
      Z Gordes do Senanque prowadzi wąska kręta droga zjeżdżająca w dolinę, w której w XII wieku zbudowano cysterski klasztor.

      Różne były losy klasztoru w przeciągu wieków, na pewien czas mnisi musieli opuścić opactwo, obecnie znowu tu mieszkają, uprawiają lawendę, której fioletowe pola otaczają budynki. W lawendowych kwiatkach uwijają się klasztorne pszczoły, a w przyklasztornym sklepiku kupić można lawendowy miód i rozmaite inne wyroby z lawendy.


      Klasztor można zwiedzać tylko z francuskojęzycznym przewodnikiem, szczęśliwie dostępne były broszurki w bliższym nam języku angielskim, które pozwalały się zorientować, co oglądamy. Trasa zwiedzania wiedzie przez pięć obiektów- dormitorium, kościół, krużganki, kolefaktorium i salę kapituły.

      W sali sypialnej mnisi spali razem na podłodze, w habitach i prosto dormitorium udawali się do kościoła na jutrznię, podobnie po ostatniej wieczornej modlitwie z kościoła od razu przechodzili do sypialni.

      Kościół jest bardzo surowy, poza kilkoma rzeźbami nie ma w nim żadnych ozdób.

      Krużganki to moje miejsce najulubieńsze z ulubionych- zawsze lubię sobie posiedzieć na murku między kolumnami, posłuchać szemrzącej wody (zwykle w centrum jest jakaś sadzawka lub fontanna) i chwilę pomilczeć.

      Truś bawił się z chłopakami w króla ciszy, zatem ręcznie usiłował mi coś przekazać.

      Trafiła nam się niestety przewodniczka ze słowotokiem- być może, gdybyśmy ów słowotok rozumieli byłoby ciekawie, ale ponieważ nikt z nas nie jest francuskojęzyczny, to po przeczytaniu paru zdań z angielskiej broszurki, siedzieliśmy jak na tureckim kazaniu;-)

      Kolefaktorium było jedynym ogrzewanym pomieszczeniem w klasztorze, a mieściło się tu skryptorium. Cóż, przepisywanie ksiąg było czynnością wymagająca precyzji, a zgrabiale z zimna ręce są zdecydowanie mniej sprawne.

      Z Senanque pojechaliśmy do położonego kilkanaście kilometrów dalej Roussillon- uroczego miasteczka w kolorach ochry. Albowiem w tej okolicy znajduje się największe zagłębie ochry na świecie. Miasteczko zbudowane na ochrowym wzgórzu otaczają porośnięte drzewami ochrowe wzgórza.

      Naprawdę bardzo tu pięknie. Chętnie jeszcze kiedyś wrócę, bo tym razem nie zdążyliśmy się przespacerować żadnym z ochrowych szlaków, prowadzących wąwozami z fantastycznymi ochrowymi skalnymi. Nie było też czasu na zwiedzenie Muzeum Lawendy, które mijaliśmy po drodze w Coustellet.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 lipca 2014 23:32
  • piątek, 11 lipca 2014
    • Wycieczka do dwóch miejsc pięknych

      Skoro już Avignon był za nami, mogliśmy się skupić na odwiedzaniu miejsc, które lubimy najbardziej- małych miasteczek wśród winnic i pól lawendy.
      Jako pierwsze zwiedziliśmy Fontaine-de Vaucluse. W ubiegłym roku przejeżdżaliśmy tędy jadąc do Langwedocji, niestety zabrakło nam czasu, żeby wstąpić chociaż na chwilę. Zatem w tym roku przyjazd tu stał się obowiązkowym punktem na mojej liście miejsc do zobaczenia.

      Cóż takiego niezwykłego jest w Fotaine-de-Vaucluse? Poza uroczymi kamiennymi domkami, ruinami zamku na wysokiej skale, stareńkim kościółkiem świętego Verana z XIw. i granitową kolumną w centrum miejscem najpiękniejszym jest źródło rzeki Sorgue u stóp urwiska. Podobno do tej pory nie dotarto do dna źródła, a zejść udało się na głębokość aż 318m.
      Cudowne, magiczne miejsce, budzące respekt do tego stopnia, że głos zniża się sam do szeptu.

      No to zapraszam na spacer po Fontaine-de-Vaucluse:

      Z Fontaine-de-Vaucluse przejechaliśmy do leżącego w odległości kilku kilometrów L'Isle-sur-la-Sorgue- także bardzo urokliwej miejscowości, którą zbudowano na wyspach, położonych na pięciu odnogach rzeki Sorgue. W niektórych miejscach można tu jeszcze napotkać koła wodne, które kiedyś napędzały przędzalnie i papiernie oraz młyny.
      Dziś na każdym kroku są sklepiki, kafejki i restauracje- niektóre- jak ta poniżej- mają stoliczki także na mostkach nad rzeką.

      Powyżej kościół Notre-Dame-des-Anges, wybudowany co prawda w 1222r., ale przerobiony w XVII w. Podobno jest on jednym z najpiękniejszych przykładów baroku w Prowansji. ja tam za barok dziękuję, "odreagowałam" go dnia kolejnego w miejscu, które "tygrysy lubią najbardziej"- a to oznacza, że w następnym wpisie zabiorę was do jakiegoś opactwa. Bo wakacje bez przynajmniej jednego opactwa są nieważne- kto zagląda na moje blogi, ten wie;-)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      piątek, 11 lipca 2014 23:32
  • czwartek, 10 lipca 2014
    • Nie tylko na moście w Avignon

      Drugiego dnia wakacji w Prowansji poszliśmy na całość i pojechaliśmy do Avignon. Zdecydowaliśmy się na początku zobaczyć "największą" atrakcję, po to żeby później było nuż tylko lepiej, czyli odpoczynek i nasze ulubione małe miasteczka.

      Jak Avignon, to oczywiście Pont Saint-Benezet, ale przede wszystkim Pałac Papieski. Tą wielką i moim zdaniem ponurą kamienną budowlę polecam zwiedzać z audioprzewodnikiem. Po raz pierwszy spotkaliśmy tak dobrze przygotowany audio guide, a na dodatek była wersja polskojęzyczna.

      Tak oto prezentują się wnętrza Pałacu, wzniesionego przez papieża Benedykta XII- tzw. Stary Pałac i Klemensa VI- gotycki Nowy Pałac.

      I wreszcie słynny most Saint-Benezet, wzniesiony w 1177-1185r, po zniszczeniu podczas oblężenia miasta w 1226r. odbudowany, potem niszczony wielokrotnie przez powodzie, które w końcu w 1660r. zniosły jego część. I od tego czasu z początkowych 22 przęseł pozostały cztery, wraz z kapliczką świętego Mikołaja.

      Widok z Mostu na Pałac Papieski:

      A potem rozpadał się deszcz, więc pobiegliśmy truchcikiem do samochodu. Tego dnia popołudniowego basenu już zdaje się nie było, ale przecież był poranny.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      dsmiatek
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 lipca 2014 21:22

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa